KUKUŁCZE JAJA

Na drzwiach wgniecione ślady po uderzeniach pięścią, szpitalne łóżka szczelnie przykryte kocem, pokoje z pustymi ścianami i kratami w oknach, niewielki spacerniak, obdrapane krzesła i mrugająca świetlówka – tak mieszka 60 dzieci. W dwu pięknych kamienicach z początku XX wieku, otoczonych drutem i zamykanych na wielki klucz jak z wiktoriańskich powieści, mieszczą się jedyne w Polsce sądowe oddziały dla dzieci chorych psychicznie.

– Chowamy tu kolejnych Trynkiewiczów – pojawiają się zarzuty.

– Nie jesteśmy sadystami. Zależy nam na tych dzieciakach – odpowiadają lekarze.

Continue reading

Advertisements

Nieocenione testy

rdolata

 

System edukacyjny nie jet doskonały. Choć wydawałoby się, że jego sercem jest matura, o przyszłości ucznia decyduje egzamin gimnazjalny. Wyrok, który wtedy zapada jest nieodwołalny – mówi Roman Dolata z Instytutu Badań Edukacyjnych. Cała rozmowa w Dzienniku Gazecie Prawnej na weekend.

Grube miliony

DGP28_blog

Rodzice zwykle są święcie przekonani, że walczą z otyłością swoich pociech i chcą dla nich jak najlepiej. Podczas zakupów wkładają przecież do koszyków zdrowe przekąski: jogurt, który przy śniadaniu daje mnóstwo radości i mocne kości (113 kcal i 15,2g cukru w 100g) mleczną kanapkę, która „najlepiej wpada między posiłkami” (422 kcal i 34g cukru w 100g), a także deser – wartościowy przysmak z dużą ilością orzechów (195 kcal i 15,9g cukru w 100g). I, kiedy pytam o zawartość koszyka, słyszę: Czego się pani czepia?

Cały tekst: Dziennik Gazeta Prawna na weekend

Masa niezgody

DGP23_blog

 

Wokół zamykanych ulic w miastach toczy się wojna. Walczą ze sobą rowerzyści, maratończycy, nocni rolkarze, mieszkańcy. Wygrywają ci, którzy są silniejsi, głośniejsi, lepiej zorganizowani. Niekoniecznie ci, którzy mają rację.

Więcej: Dziennik Gazeta Prawna na weekend

Luzik nas zgubi

Image

Prof. Bralczyk: Przechodzenie na “ty” zwykle  jedynie pozornie sprawia, że stosunki w firmie są bardziej demokratyczne. Można zwracać się do szefa po imieniu, ale być od niego zależnym jak jeszcze nigdy wcześniej.

O zgubnym w skutkach luziku w Dzienniku Gazecie Prawnej na weekend.

CO SIĘ DZIEJE W MÓZGU WŁADCY?

Wladca1

Sądzę jednak, że byłoby bardzo ciekawe zrobić takie doświadczenie, żeby polityk dał zbadać swój mózg, zanim zostanie prezydentem czy premierem, a potem także w trakcie kadencji i po jej zakończeniu. Chętnie bym je przeprowadził. Może dla dobra nauki należałoby żądać od polityków zgody na takie badania, podobnie jak na udostępnienie danych o swoim majątku?

Cała rozmowa z prof. Jerzym Vetulanim w Dzienniku Gazecie Prawnej. Część 1., część 2, część 3.

Rodzic – sponsor kadry narodowej

sport

 

Podczas igrzysk olimpijskich w Londynie jeden z koncernów wykorzystywał w promocji hasło “dziękuję Ci, mamo” – towarzyszyło ono spotom pokazującym zawodników osiągających medalowy sukces. I choć intencja twórców była nieco inna, pod sloganem powinien podpisać się każdy polski kibic – bez rodziców nie byłoby naszych sportowców. I nie chodzi tylko o wychowanie; to rodzice są pierwszymi i najważniejszymi sponsorami przyszłych reprezentantów.

Cały tekst: Dziennik Gazeta Prawna

Za pomoc bardzo dziękuję Adamowi Styczkowi z Orange Sport Polska.

 

Artystom wcale nie chodzi o kasę

Skoro rozmawiam z ekonomistką, nie mogę nie zapytać: czy to się wszystko opłaca? 

Kultura w ogóle się opłaca. […] Mnie całkowicie satysfakcjonuje wiedza, że cały nieprzemysłowy sektor kreatywny generuje 2,3 proc. PKB Europy. To więcej niż przemysł samochodowy, więcej niż przemysł nieruchomości.

Cały wywiad z ekonomistką kultury, prof. Dorotą Ilczuk w Dzienniku Gazecie Prawnej.

“Tu nic się nie zmieniło od średniowiecza”

Patrzy pan na tę mapę i… 

Najpierw trzeba zrobić kilka próbnych odwiertów. To oczywiście bardzo duże słowo, bo to się robi, wbijając w ziemię pustą w środku rurę. To jest czysto chałupnicza robota, ale dzięki niej można się dowiedzieć, gdzie jest węgiel i na jakiej głębokości. A potem uruchamia się ludzi.

Kopiecie łopatami? 

Tylko łopata i kilof – mamy XXI wiek, ale tu nic się nie zmieniło od średniowiecza.

Cała rozmowa: Dziennik Gazeta Prawna

GLIŃSKI

rglinski

Był pan harcerzem?

Byłem, doszedłem nawet do funkcji zastępowego.

Co pan pamięta?

Momenty. Na przykład jak zbijaliśmy latrynę z żerdzi, a kiedy przyszła ją sprawdzić komendantka obozu, cała konstrukcja (wraz z nią) zawaliła się do wykopanego dołu. Albo kiedy mój zastęp miał służbę w kuchni i przypaliliśmy budyń dla całego obozu. Koledzy przywiązali mnie wtedy do drzewa i karmili tym budyniem.

“Kamienie na szaniec” zrobił pan z sentymentu?

Nie, raczej z zainteresowania. Już wcześniej przymierzałem się do realizacji filmu o Powstaniu Warszawskim, ale niestety ten projekt się nie udał.

Ile czasu przygotowywał się pan do zrobienia filmu opartego na powieści Kamińskiego?

Propozycję dostałem w lutym, a zdjęcia rozpoczęliśmy w sierpniu, więc dosyć krótko. Ale nie wszedłem w to zielony, ponieważ mama była harcerką w Batalionie “Zośka”, znałem te historie od lat.

Co panu opowiadała?

Mama miała wtedy chłopca, i to ten chłopiec zaciągnął ją do harcerstwa – bardzo proste przełożenie. Chłopiec  zginął od razu w sierpniu, a mama przez to, że była ranna, musiała wcześniej wyjść ze Starówki i przeżyła. Nie pamiętam jednak, żeby wspominała jakieś sceny walki, strzelaniny. Opowiadała mi jak opatrywała rannych. Tak się złożyło, że jej pierwszym pacjentem był Niemiec, co było o tyle paradoksalne, że wcześniej jej matkę Niemcy rozstrzelali pod murem. Ten chłopak miał paskudny postrzał w brzuch i zmarł jej na rękach. Mama opowiadała, że było to dla niej wstrząsające – niby wróg, ale chłopiec taki sam jak jej przyjaciele. Myślę, że to był bardzo trudny węzeł emocji.

Co pan pomyślał, kiedy w artykule w “Naszym Dzienniku”, pierwszym który ukazał się przed premierą filmu, napisano o panu: “reżyser nie odrobił lekcji i nie ma pojęcia o Szarych Szeregach”?

Chyba tego nie doczytałem. Może dobrze… (Podchodzi do półki z książkami, wyjmuje kolejne tomy. Te dotyczące wojennego harcerstwa poprzetykane są fiszkami z odręcznie wykonanymi notatkami, karteczkami samoprzylepnymi). Tu są materiały, na których pracowałem przygotowując film. Myśmy to wszystko bardzo dokładnie badali, czytaliśmy z aktorami, bo przy okazji chodziło mi o to, żeby ich jeszcze wprowadzić w temat. Pokazać pewne dylematy, o które lekko zahaczamy w filmie.

Na przykład?

Że AK miała określoną politykę w stosunku do harcerzy, która  w różnych okresach się zmieniała. Początkowo AK w ogóle przecież nie chciało harcerzy, uznawano, że zwykli żołnierze wystarczą. Ale musieli się ugiąć, bo ciśnienie od tej młodzieży, która prowadziła mały sabotaż było bardzo silne. Dopiero w końcu 42. postanowiono włączyć ich w walkę zbrojną. Powstały Grupy Szturmowe. We wrześniu 43., powstał batalion „Zośka”, potem batalion „Parasol”, zaczęło się już regularne szkolenie. W ’44, już w Powstaniu Warszawskim, batalion „Zośka” był jednym z najlepiej uzbrojonych, fantastycznie przygotowanym do walki. Dwa lata wcześniej to byli chłopcy, którzy nie wiedzieli, jak wygląda pistolet! To był pewien proces i fragment tego procesu w filmie pokazuję.

Spodziewał się pan takiego zamieszania, jakie jeszcze przed premierą wywołał pański film?

Szczerze mówiąc nie rozumiem tego. Wszystko zaczęło się od tego, że skrytykował go starszy harcmistrz, który nawet nie widział filmu.

Marek Podwysocki, były komendant szczepu “Pomarańczarnia, ocenił film jako “antyharcerski, antyAK-owski, antyinteligencki”.

Ten, który pisał artykuł w “Nowym Dzienniku” nie widział filmu i cytuje tam harcmistrza Podwysockiego, który też go nie widział. A potem wszyscy to cytują, także nie oglądając. I tak to działa. Wczoraj miałem pokaz filmu w Łodzi, zaprosiłem na niego kilkudziesięciu harcerzy. Po filmie przyznali, że zastanawiali się, czy mają przyjść w mundurach. Zrezygnowali, bo bali się, że film będzie profanacją narodowych świętości. Po projekcji zeszła z nich para, byli zadowoleni, że mogli to obejrzeć, podyskutować, przekonywali, że to co słyszeli wcześniej było nieprawdziwe. Kamień spadł mi z serca, bo naprawdę bałem się tego pokazu.

Myślał pan, że pańskie interpretacje tematu przejdą bez echa? “Kamienie na szaniec” to wciąż dla wielu środowisk bardzo ważna książka.

Szczerze mówiąc przypuszczałem, że będzie odwrotnie. Książka Kamińskiego została napisana w 1943 roku ku pokrzepieniu serc, ma ewidentnie wymowę pomnikową, spiżową; taką funkcję miała spełnić, bo powstała w czasie okupacji i ludzie potrzebowali wtedy takich historii. Zresztą “Zośka” przeczytał maszynopis tej powieści i ocenił, że to interpretacja i fikcja, ale trzeba uszanować wizję autora. Sięgając po “Kamienie na Szaniec” obawiałem się oskarżeń o to, że buduję kolejny pomnik, a to jest nie do przyjęcia dla współczesnego widza. Cały mój wysiłek szedł więc w to, żeby postaci były wiarygodne, żeby historia była wiarygodna.

Wiarygodna, ale nie do końca prawdziwa. Dlaczego prof. Grzegorz Nowik wycofał się z roli konsultanta historycznego?

Dla Grzegorza Nowika faktycznie nie do przyjęcia były rozbieżności historyczne, a nie wymowa filmu. Jego argumentacja mnie jednak nie przekonuje, bo – nie wiem, jak to powiedzieć, żeby to dobrze zabrzmiało – ale w sensie historycznym jestem lepszy od Nowika.

Odważne.

On jest profesorem, specjalizuje się w Szarych Szeregach, ale jego wykład jest prowadzony z innego punktu widzenia. Ja patrzę z perspektywy relacji osobistych, maszynopisów, listów, które naprawdę pokazują ludzką stronę tych harcerzy. Prof. Nowik powiedział mi na przykład, że przysięga wojskowa nie mogła wyglądać, jak pokazałem. Oczywiście, że nie mogła. Ale na moje pytanie: “jak więc powinienem ją pokazać?” nie odpowiedział.

Więc choć wiadomo, że przysięga powinna być bez munduru, pan ubiera w nie harcerzy.

Ale żeby było wiarygodnie, harcerze przebierają się dopiero w lesie, gdzie czują się bezpiecznie.

A dr Wojciech Feleszko, wnuk Aleksandra Kamińskiego? Dlaczego też się wycofał?

To jest bardzo dziwne, ponieważ wnuk Kamińskiego obejrzał film, który mu się bardzo spodobał, i bardzo dobrze się o nim wyrażał.

Czyli po filmie podszedł do pana i powiedział „świetna robota”?

Tak. Miał jedynie zastrzeżenia do scen miłosnych (nie powiem, że erotycznych, bo moim zdaniem nie ma takich scen w tym filmie), uważał, że poszedłem za daleko. Potem, stopniowo pan Feleszko, zaczął mieć coraz więcej zastrzeżeń, zaczął przyjmować pewne uwagi od prof. Nowika. I kiedy się profesor wycofał, on zrobił to samo.

Teraz myśli pan, że poszedł pan za daleko?

Mieliśmy w grudniu długą dyskusję, w której uczestniczył nawet ksiądz. Powiedział, że to piękne sceny, które pokazują subtelność u tych chłopców, poszanowanie kobiety; właśnie etos, który był w tym pokoleniu. Te sceny mówią o uczuciach, a nie o seksie, czy pożądaniu. I pokazują miłość, a o to przecież chodzi.

A z interpretacją historii? Nie zrobił pan kroku za dużo?

Tutaj można zaczynać dyskusje a propos tego, co znaczy film historyczny, jak go zrobić. Żeby rozstrzygnąć ten dylemat trzeba zrozumieć, że historia jest wieloznaczna. Wystarczy wziąć dziesięć książek o Powstaniu Warszawskim – mimo że każda napisana będzie przez zawodowego historyka, w każdej wydarzenia będą różnie pokazane. Czasem biegunowo różnie. A jeśli dołączyć do tego relacje uczestników, to okaże się, że każdy naprawdę może mieć swoją wizję wydarzeń. Jeśli zaczynamy wierzyć w jakąś wersję, to się robi się z niej mit. I to właśnie nastąpiło z “Kamieniami na szaniec”. Wydarzenie historyczne zostało podporządkowane ideologii i w zmitologizowanej formie dostało się do zbiorowej świadomości. Kiedy zaczynałem robić film, kluczowym pytaniem było, na ile opierać się na tym micie, a na ile sięgnąć do innej wersji wydarzeń.

Prawdziwej?

Czy prawdziwej, to też nie wiadomo. Nieco innej, opierającej się o inne źródła. Myśmy szukali takich rozwiązań, żeby nie naruszać za bardzo mitu tej powieści, ale jednak go uprawdopodobnić. Na przykład w scenie Akcji pod Arsenałem. Były wobec mnie takie zarzuty, że pokazuję ją jako chaotyczną, a że naprawdę to była wspaniale zorganizowana akcja.

A to nieprawda pańskim zdaniem?

W filmie pokazuję, jak było. Te akcje były przecież do pewnego stopnia spontaniczne, improwizowane, bo działo się wiele rzeczy, których nie sposób było przewidzieć. Wszystkie epizody dotyczące akcji, które pokazałem w filmie, opisywał też Kamiński – jak chłopcy się szykują, jak akcja jest odwołana, bo nie ma na nią  pozwolenia, jak potem przystępują do tego drugi raz (też zresztą w ostatnim momencie). Różni krytycy zarzucają mi, że umieściłem w filmie niepotrzebne epizody, ale tak było w rzeczywistości. Był granatowy policjant, który nie został dobity na początku akcji, a potem strzelił do “Buzdygana”. Był żołnierz Wehrmachtu, który przejechał w trakcie akcji pomiędzy walczącymi. Obie strony przestały strzelać, a SS-mani z więźniarki krzyczeli, by sprowadził pomoc. I był “Hubert”, którego chłopcy zostawili w bramie, gdzie zatrzymał go volksdeutsch.

Do tego w filmie mają identyczne uzbrojenie – tylko dwa pistolety maszynowe, z których jeden jeszcze się zacinał i pistolety z pierwszej wojny światowej, francuskie Lebele, które się ciągle psuły. Owszem, był dobrze wymyślony przez Zośkę plan akcji, ale w trakcie się to wszystko zmieniło. Nie można udawać, że było inaczej.

Żeby oddać panu sprawiedliwość. Niektóre niuanse się panu udały – podział ideologiczny w Szarych Szeregach. Dylematy dotyczące zabijania (choć przeniesione z postaci “Alka” na “Rudego”).

Uważam, że to jest wspaniałe i to mi się właśnie tak w tych chłopcach podoba. Oni mieli wątpliwości. Generalnie bardzo chcieli walczyć i strzelać, natomiast byli wychowani według pewnych wartości etycznych; jedną z nich jest 5. przykazanie – nie zabijaj. Można o Alku powiedzieć, że był tchórzem i nie chciał walczyć. Ale to nieprawda, on był szalenie odważny, przecież odkręcił w biały dzień tablice na pomniku Kopernika, które zakrywały polski napis. I jeszcze się sfotografował przy niej.

Czytałem listy, które Alek wysyłał do “Zośki”, a “Zośka” do Alka. To nie była nadęta bohaterszczyzna, mieli w nich odwagę wyrażać podstawowy dylemat Szarych Szeregów: czy pracować dla przyszłości,  czy walczyć teraz? Jak to połączyć? Z tego wyrósł późniejszy program “Dziś – jutro – pojutrze”. W listach widać, że “Zośka” był bardzo zdenerwowany, bo zauważył, że harcerze w ogóle się nie uczą, nie przywiązują wagi do tego, żeby zdobyć wykształcenie, bo lepiej spotykać się, drukować ulotki. Miał nawet pretensje do “Rudego”, że zawalił jakiś kurs. Był świadomy, że jednak muszą dbać o swoje wychowanie, o swoje wykształcenie, bo to jest potrzebne potem. Chciałem powiedzieć, że Polsce, ale to zabrzmi patetycznie…

Chłopców pokazuje pan jako ludzkich, ale jednak bohaterskich. Tymczasem dziewczęta w pańskim filmie są – myślę, że nie przesadzę – wręcz rozhisteryzowane.

Przyznaję.

Dlaczego?

Tak wyszło, to problem czysto warsztatowy. To są postaci, które występują w epizodach; w drugim, trzecim planie. Taka postać występuje w trzech, może czterech scenach, więc trzeba ją zbudować wyraziście, żeby widz ją zapamiętał. Dlaczego Monia, czyli dziewczyna “Rudego”, dosyć histerycznie reaguje na jego śmierć? Dlatego, że mam w tej scenie “Zośkę”, który jest powściągliwy. A gdy w tej samej scenie jedna postać jest powściągliwa, to druga musi być mocniejsza. Specjalnie tę Monię troszkę podkręciłem.

Ale żeby od razu musiała grozić “Zośce” pistoletem?

To wyniknęło z narracji. Kiedy mam scenę, która jest w ciszy, półtonach, to wcześniej muszę coś zrobić w innej barwie. Dla kontrastu.  Jest w filmie dyskurs: zabijać – nie zabijać? Temu jest podporządkowany finał, ale dylemat zaczyna się już w pierwszej części filmu. Scena, w której Monia przychodzi do “Zośki” z pistoletem to moment, w której być może “Zośka” mógłby odnaleźć inne wartości, dzięki którym nie będzie już strzelał i zabijał – może spokój, może miłość, może rodzinę. Ale nie, nagle słychać pukanie do drzwi. Przychodzi ktoś, kto mówi: nie wolno, jeśli zacząłeś, to musisz kontynuować, musisz zabijać, musisz pomścić Rudego. Oczywiście możemy powiedzieć, że tak nie było, bo “Zośka” zawsze był spiżowy i nie miał żadnych wątpliwości; oczywiście to jest kompletna nieprawda.

“Zośka” miał wahania, bardzo silne, właśnie po śmierci “Rudego”. Zapadł się, miał depresję. No bo ginęli jego przyjaciele – i “Alek”, i “Rudy”. Także “Hubert” i “Buzdygan”, chłopcy którymi dowodził. Miał bardzo duże wyrzuty sumienia, że on, jako dowódca, żyje, a ci, którymi powinien się opiekować, za których jest odpowiedzialny, nie żyją. I to go tak męczyło.

I dlatego go pan tak pokazał w tej akcji pod Sieczychami?

W akcji pod Sieczychami jest końcówka tego wątku. Żałuję, że w filmie nie ma sceny z życia “Zośki”, która doskonale by uzupełniła ten portret. “Zośka” był przez tydzień na Pawiaku, wpadł, kiedy szedł na grób “Rudego”, niosąc przy okazji ukryty w kwiatach meldunek. Kwiaty zwróciły uwagę niemieckiego patrolu, “Zośka” został aresztowany, ale czekając na przesłuchanie zdążył zjeść tę trefną karteczkę. A że miał przy sobie fałszywą kennkartę, Niemcy nie wiedzieli kogo mają. “Zośka” wyszedł z Pawiaka, ale już ogolony, taki, jakim zobaczył “Rudego”. Wiedział, że otarł się o śmierć, bo każda chwila spędzona na Pawiaku była balansowaniem na granicy życia i śmierci – wystarczyło, żeby ktoś go tam rozpoznał. Wtedy pojawiły się u niego dylematy, czy nie jest ważniejsze życie rodzinne, miał moment zawahania. I to właśnie pokazuję. Finałem jest scena, gdzie “Zośka” podnosi pistolet, widzi Niemca i waha się, czy strzelić, czy nie. Bo dostrzega w nim chłopca, takiego jak on, w dodatku podobnego do “Rudego”.

Zgoda, tyle że ten niewinny chłopiec to w Polsce najeźdźca, który nie ma takich dylematów jak “Zośka”.

Oczywiście, jedną z interpretacji może być pytanie: dlaczego nasz bohater narodowy nie zabija wroga? Ale ja widzę tu inną – nasz bohater narodowy zna piąte przykazanie i odczuwa związane z nim rozterki. I to wahanie kosztuje go życie. To moja interpretacja.

Dlaczego tak bardzo zmienił pan tę scenę? Każdy kto zna historię wie, że pod Sieczychami to wyglądało zupełnie inaczej.

Bliskie prawdy jest to, że “Zośka” zginął właściwie od przypadkowej kuli. To była kompletnie niepotrzebna śmierć. Mogłem pokazać, że chłopcy zdobywają posterunek prawie bez strzału, cieszą się i nagle “Zośka” pada. Wtedy byłoby w tym coś metafizycznego, palec boży. Myślałem o tym, to też byłoby ciekawe. Ale chciałem skończyć ten film dywagacją śmierć – miłość, sceną o wartościach, które wynikają z podstaw etycznych.

Podam przykład jak istotne były sprawy etyczne u tych harcerzy. Gdy powstały Grupy Szturmowe, jeszcze przed odbiciem Rudego, przed aresztowaniem, chłopcy dostali rozkaz, by zlikwidować konfidenta. Czyli zabić człowieka nie w sytuacji walki, tylko domowej – pójść do niego i zabić gdy je zupę z żoną i dziećmi. I kto wykonał ten wyrok? “Zośka”. Ponieważ nie potrafił dać rozkazu innemu chłopcu, żeby to zrobił. Czuł się tak odpowiedzialny, wiedział, że on to jakoś zniesie, że może obarczyć swoje sumienie tym czynem. To wspaniale świadczy o tych chłopcach. Szare Szeregi to nie była armia. Dla nich każde działanie było sytuacją wyboru etycznego.

Zdejmuje pan więc swoich bohaterów z cokołu, na który w 1943 roku wstawił ich Aleksander Kamiński. A co proponuje pan zamiast tego? Skoro nie wartości pomnikowe, to jakie? Ma pan coś w zamian?

Kamiński napisał powieść w czasie okupacji  “ku pokrzepieniu serc”. Teraz nie mamy okupacji. Więc proponuję film, ku pokrzepieniu rozmów o wartościach. Bo w filmie pokazuję braterstwo, przyjaźń, poświęcenie, rozterki związane z piątym przykazaniem.

Te wartości są dla pana dziś aktualne?

Naturalnie. Przyjaźń będzie zawsze aktualna, dekalog będzie zawsze aktualny. To są wartości, o których zawsze należy rozmawiać. Mnie się wydaje, że daję impulsy do rozmów na te wszystkie tematy. W filmie jest pokazana świadomość tych chłopców, to, że oni nie przyjmowali niczego tak po prostu, toczyli ze sobą zażarte dyskusje, krytykowali dorosłych i siebie nawzajem. Nie chcę narzucać w filmie żadnej interpretacji, bo chciałbym, aby młodzi widzowie poszli do kina. A wiadomo jaka jest młodzież -jeśli coś jej się nakazuje, to ona będzie to za wszelką cenę odrzucała.

Moja córka była w liceum akurat jak Roman Giertych usunął Gombrowicza z listy lektur. Reakcja była taka, że wszystkie dzieci przeczytały Gombrowicza, którego wcześniej nikt nie chciał czytać.

fot. Petr Novak, Wikimedia, http://bit.ly/1cyHsk3.

DGP / 27.02.2014

Dgp

Przed niepewnymi kredytami banki zabezpieczają się na potęgę. Poprzez stawianie coraz wyższych wymagań, zapewne udaje im się uniknąć ryzyka. Przy okazji udaje im się również pozbyć wielu klientów.

Cały tekst: Dziennik Gazeta Prawna

Kredyty

KULA

„XX wiek kończy się zmęczeniem buntowników. Na jakiś czas” – napisał pan w 1999 r., podsumowując mijające wówczas stulecie. Piętnaście lat później wygląda na to, że buntownicy odzyskali siły.

Czas spokoju okazał się bardzo krótki, ale nadal utrzymuję, że do tej pory nie znaleźli się tacy buntownicy, którzy formułowaliby nową, całościową wizję idealnego świata. Proszę zwrócić uwagę, że ruchy rewolucyjne, które mogliśmy obserwować w ciągu ostatnich kilku dekad, takiej nie tworzyły. Była to po prostu walka o interesy, które skądinąd nie muszą być oczywiście złe, mogą być wręcz szlachetne. Rewolucja, która próbuje zrekonstruować świat na nowo, wydaje mi się
w tej chwili formą skończoną. Chociaż, oczywiście, w historii nigdy nic nie wiadomo.

Cała rozmowa: Dziennik Gazeta Prawna

KULA

Cała rozmowa: Dziennik Gazeta Prawna

DGP / 14.02.2014

DGP

– Dlaczego młodzi ludzie często wybierają kierunki studiów o dziwnie brzmiących nazwach? – pyta Maciej Balcerzak, wieloletni menedżer i autor książki „Planeta Korporacja”. – Otóż dlatego że po pierwsze, tam się łatwo dostać, a po drugie, to są po prostu łatwe studia, wiedzę tam przekazywaną da się przyswoić na poziomie liceum. Myślę, że raczej słaba jakość wykształcenia jest tu prawdziwym problemem, a nie kierunek – uważa.

DGP1

DGP / 7.02.2014

dgp

Prawdziwy etat wyrabiają tylko na umowie o dzieło. Żeby jednak nie wypaść z systemu, zatrudniają się na fikcyjnych umowach w firmach ojców, cioć, znajomych, którym oddają pieniądze za opłacane dla nich składki. To cena za spokój. Wiadomo. Przezorny zawsze ubezpieczony. 

dgp

RADZIWINOWICZ

Radziwinowicz

Przytacza pan taki dowcip: dlaczego na olimpijskiej fladze są cztery kółka…

…bo w Rosji się kradnie 20 proc. To nie jest mój wymysł, tylko fantazja Rosjan, którzy tak do tego podchodzą. Jest dużo anegdot o Igrzyskach, ale wszystkie są monotematyczne: ile ukradziono i kto ukradł.

Cała rozmowa: natemat.pl

DGP 24.01.2014

dgp

 

Giełdą rządzi kokaina? Słysząc to pytanie, jedni przedstawiciele świata finansjery uśmiechają się pod nosem i protestują przeciwko informacjom wyssanym z palca. Inni milczą. Niektórzy odsyłają jednak do historii opisywanych przez dezerterów z giełdy. Bo ich wspomnienia często nie ustępują opowieściom o „Wilku z Wall Street”.

 dgp2

BALCERZAK

balcerzak

Bardzo lubię grać w szachy, moim ulubionym szachistą jest Anatolij Karpow. Wszyscy mówili, że podczas turniejów to był morderca w białych rękawiczkach – nikt nie wiedział, kiedy on przejmował kontrolę nad przeciwnikiem. I tutaj jest tak samo – białe rękawiczki są szalenie istotne. Tego nie ma w świecie freelancerów, ale ja natomiast uważam, że paradoksalnie to działa na korzyść korporacji. Używanie takiej socjotechniki, podchodzenie ludzi od tyłu, meandry relacji są zdecydowanie trudniejsze do prowadzenia, niż proste, jasne metody.

Pan się uśmiecha? Przecież to, co pan przed chwilą powiedział brzmi dość odpychająco.

Nie chciałbym podsycać kolejnego mitu o korporacjach, że każdy każdemu wisi u gardła. Ale…

Cała rozmowa: natemat.pl

Materna

Materna

 

– Nasza jednostka nie musiała strzelać do robotników, ale pamiętam rozmowy, które prowadziliśmy później. Jak kłóciliśmy się, co by było, gdybyśmy usłyszeli taki rozkaz.
– Co by było?
– (Zapala papierosa, zaciąga się).

(cała rozmowa: natemat.pl)

DGP 27/12/2013

DGP

W Szwecji równanie szans doprowadziło do segregacji pacjentów w szpitalach. W Stanach przyczyniło się do rozpadu czarnoskórych rodzin. W W Wielkiej Brytanii – do powstania całej warstwy ludzi żyjących z państwowych benefitów. Twórcom takich rozwiązań zawsze przyświecają szczytne intencje. Patrząc na efekty nie sposób jednak zapomnieć, co o dobrych chęciach mówi ludowa mądrość.

GRABOWSKI

Grabowski

Właśnie mija panu 40. rok na scenie. Co pana na nią ściągnęło?

Głupota. Zdawałem maturę mając siedemnaście lat, więc nie byłem jeszcze za dobrze rozwinięty umysłowo.

Posłali pana rok wcześniej do szkoły, więc chyba pan był.

Umiałem czytać, umiałem pisać, dodawać i odejmować również umiałem. Powiedzmy sobie szczerze, to nie było specjalnie trudne.

Ale chciał pan grać od dziecka?

Chciałem być księdzem.

I co się stało z tym marzeniem?

Wszedłem w okres dojrzewania i mi przeszło.

Cała rozmowa: natemat.pl